Qualia — własną drogą przez Erg Chebbi

Kewin Krawczyk
Jestem entuzjastą off-roadu, okazjonalnym podróżnikiem, miłośnikiem gadżetów i zapalonym fotografem. Na swoim blogu dzielę się wiedzą i doświadczeniami z moich wojaży.

Zwykła kartka wyrwana z notesu, kilka szlaczków i odległości zapisane w godzinach. Przy śniadaniu starszy lokales narysował mi trasę przez Erg Chebbi. Zanim jednak miałem wjechać między wydmy, mapa prowadziła w miejsce, do którego sam pewnie bym nie pojechał.

Mapa ze śniadania

Długopis lokalesa musiał mieć za sobą tysiące kilometrów drogi i dziesiątki metrów przelanego atramentu. Starzec wyrysował nim mój szlak na kartce z notesu. Na pierwszy rzut oka szkic był banalny. Dopiero gdy zacząłem przyglądać mu się uważniej, zobaczyłem, jak wiele informacji zmieściło się w tych kilku kreskach.

Każdy z pozoru przypadkowy szlaczek oznaczał konkretną dużą wydmę. Trzy pasma biegnące z północy na południe porządkowały przestrzeń, która dla mnie była jeszcze jednym wielkim morzem piasku. Kierunek, charakterystyczne miejsca, czas przejazdu. Wszystko miało znaczenie.

Apple iOS

Tam, gdzie nie było drogowskazów, miałem szukać punktów odniesienia w wysokości i ułożeniu wydm. Patrzeć na słońce, pamiętać o porze dnia. Kartka wymagała ode mnie czegoś więcej niż podążania za kreską na ekranie. Musiałem rozglądać się i rozumieć to, co widzę.

A na początek pojechać w zupełnie inną stronę, niż podpowiadała intuicja.

W lusterku widziałem, że oddalam się od tego, co przyciąga wszystkich. Sam też chciałem już być między wydmami. Walczyłem więc ze sobą, żeby nie zawrócić i nie dołączyć do reszty. Mapa kazała okrążyć jezioro. Dojechać tam, gdzie nikt z mijanych przeze mnie ludzi się nie kierował.

Zanim przejdę dalej, kilka słów o tym, jak się tu dostałem. Pewnie część z Was się nad tym zastanawia, a inni sami planują podobną wyprawę.

W dużym skrócie: motocykl przetransportowano spod moich drzwi prosto do magazynu w Maladze. Sam przyleciałem tam samolotem, odebrałem motocykl i trzy godziny później byłem już na promie.

Za transport odpowiadała firma transportmotocykli.pl. Jak wiecie, jestem dość wymagający i wybredny, więc jeśli szukacie kogoś, kto przewiezie Wasz motocykl, mogę Wam oszczędzić poszukiwań. Moim zdaniem to najlepsza firma do takiego transportu i na pewno jeszcze skorzystam z ich usług. Więcej szczegółów opiszę w osobnym poście.

Życie na skraju pustyni

Życie. Nagle zrozumiałem, że właśnie ono jest tutaj najpiękniejsze.

Przyjeżdża się na Erg Chebbi podziwiać surowość, pustkę, egzotykę. Sam przecież też tego szukałem. Dopiero nad jeziorem dotarło do mnie, dlaczego ktoś, kto żyje na pustkowiu, może najpierw wysłać przybysza do roślin i zwierząt. Do miejsca, w którym jest najwięcej tego, czego tak brakuje dookoła.

Pierwszy punkt na mapie zacząłem odczytywać inaczej. To, co dla mnie miało być objazdem przed właściwą atrakcją, dla starca mogło być najważniejszą częścią całej trasy.

Powiedział, że jeśli będę miał szczęście, zobaczę flamingi.

Miałem więcej niż szczęście.

Po okrążeniu jeziora ruszyłem na wzgórze przy południowym skraju ergu. Stamtąd mogłem przyjrzeć się wydmom, a przede wszystkim tej jednej, górującej nad pozostałymi — Wielkiej Wydmie Merzugi.

Dalsza trasa prowadziła wokół ergu, mniej więcej na wysokość Merzugi. Tam dwie olbrzymie wydmy tworzyły bramę. Między nimi miałem wjechać w piasek.

Piasek trzeba czytać

Na mapie odległości zapisano w godzinach jazdy. Do wydmowej bramy miałem godzinę. Ważne było jednak również to, o jakiej porze tam dotrę i z której strony będę miał słońce.

Przy niskim świetle padającym z boku łatwiej było mi czytać teren. Cienie wydobywały grzbiety i załamania. Widziałem kształt piasku, mogłem szukać przejazdu i reagować na to, co pojawiało się przede mną.

Jazda po wydmach przypomina trochę surfowanie po falach. Nie ma jednej właściwej drogi. Jest kierunek, w którym chcę się dostać, a pomiędzy mną i celem mnóstwo decyzji do podjęcia. Wysokość, nachylenie, ułożenie kolejnego grzbietu. To, co widzę, i to, czego jeszcze nie mogę zobaczyć po drugiej stronie.

Sahara

Trzeba obserwować, jak układa się piasek, i próbować przewidzieć dalszy odcinek. Przed krawędzią zapanować nad prędkością. Nie przelecieć przez szczyt, za którym może czekać stromy spadek. Każda kolejna wydma wymaga uwagi, a motocykl musi robić to, czego od niego potrzebuję.

Kiedy słońce stało wysoko, ten sam krajobraz stawał się dla mnie niemal nieczytelny. Cienie skracały się, kontrast malał. Nie potrafiłem ocenić, czy stok urwie się za trzy, czy za dziesięć metrów. Horyzont wydawał się płaski i zupełnie oczywisty, choć już wiedziałem, jak bardzo potrafi mnie zmylić.

Spektakularne zawracanie w miejscu. Pierwsza próba i powodzenie.

Niezwykłe odrealnienie. Patrzę na teren przed sobą, a jednocześnie przestaję ufać temu, co widzę. Nawet blisko miasta pustynia wydaje się opuszczona. Jazda robi się niebezpieczna, bo tracę pewność odległości i kształtów.

Wszystkiego tego dowiadywałem się na miejscu.

Celowo unikałem wcześniej forów, książek i poradników o tym, jak jeździć po pustyni, jak się przygotować i czego spodziewać się w Maroku. Chciałem zaznać tego spontanicznie. Zmierzyć się z wyzwaniami wtedy, kiedy pojawią się przede mną. Tu i teraz.

Ktoś może nazwać to brakiem rozsądku, nierozwagą albo lekceważeniem. Rozumiem. Dla mnie jednak uczucie towarzyszące odkrywaniu nieznanego jest silniejsze niż potrzeba wcześniejszego przestudiowania wszystkiego, co mogę napotkać. Odkrywam świat dla siebie. To, że ktoś już go opisał, nie odbiera mi własnego odkrycia.

Wystawianie się na to, co niewiadome, działa na mnie jak spotkanie ze świętością. Nie nazywam tego odwagą ani lekceważeniem. To życie. Tak wyraźne i intensywne, że aż dziwi mnie, jak skutecznie udaje się je stłamsić codziennością, rutyną i robotyczną powtarzalnością.

Wielka Wydma Merzugi

Rzut oka na mapę. Nie bez powodu nie ma na niej konkretnego śladu.

Kierownica wężykuje, szuka własnej drogi. Piasek próbuje wytrącić koła z toru, a ja utrzymuję równowagę ciągłymi drobnymi korektami. W takich warunkach nawet jazda w obranym kierunku nie oznacza jazdy po prostej.

Pierwsze pasmo niewielkich wydm to istna zabawa motocyklowa. Swobodne dryfowanie po piasku i uczucie nieograniczonej wolności, jakiej nie znam z żadnego innego miejsca na lądzie. Kolejne grzbiety pojawiają się przed kołem, a ja szukam między nimi własnego przejazdu.

Drugie pasmo wymaga już większego zaangażowania. Wydmy rosną, kończy się beztroska zabawa. Zaczyna się prawdziwe wyzwanie.

Wielką Wydmę objechałem dookoła, przygotowując się do próby wjazdu. Mapa wskazywała podejście od wschodu. Tam miałem szukać swojej szansy na szczyt.

Znalezienie drogi na tego piaskowego kolosa okazało się osobnym zadaniem. Przeskakiwałem przez grzbiety mniejszych wydm, rozglądałem się i analizowałem możliwe podjazdy. Z daleka wszystko wyglądało na mniejsze, niż było w rzeczywistości. Brakowało punktów odniesienia, czegoś, co pozwoliłoby ocenić skalę.

Niewielki podjazd, kiedy się do niego zbliżam, nagle rośnie i zasłania całe pole widzenia. Dystans, zamiast maleć, zdaje się powiększać. A ja robię się coraz mniejszy. Już prawie jak ziarenko piasku.

Po długiej walce, z ogromnym strachem zmieszanym z ekscytacją, docieram na przedostatnią półkę. Motocykl zwalnia i zwalnia. W końcu zatrzymuje się. Dalej pod górę już nie pojedzie.

Wydma wygrała. Nie wpuściła mnie na szczyt.

Metal pyka pod bakiem. Zdejmuję rękawicę, a na dłoni zostaje wzór szwów, jakbym przez cały dzień ściskał coś, co teraz ściska mnie.

Dla ludzkości ten wyczyn nic nie znaczy. Dla mnie jest doświadczeniem niemal świętym. Zatrzymany tuż przed szczytem czuję się, jakbym sięgał bóstwa, którego nigdy nie będzie mi dane osiągnąć.

I właśnie ta nieosiągalność jest najbardziej niezwykła. Motywuje, determinuje i ciekawi. Myślę wtedy o odkrywcach, badaczach i twórcach. O tym uczuciu, które każe im próbować dalej, choć nie wiedzą jeszcze, czy dotrą do celu.

To uczucie łączy tych, którzy tworzą ten świat. Wspaniale było go doznać.